Jak pies z kotem

17:03:00

Oto co widzę, zaraz po przebudzeniu. Cooper w swoim żywiole.
To nie jest kolejny nudny post o kotach. To nie jest kolejny nudny blog. Uprzedzam, że dostaniesz tu porządną dawkę ironii, sarkazmu i czarnego humoru. Jeśli nie znasz choć jednego z tych pojęć - odpuść dalszą lekturę.

31.03 zmieniło się moje życie. I nie mówię tu o wyodbycinach bombelka.

31.03 adoptowaliśmy Coopera - młodego kota, który dotychczas mieszkał w schronisku.

Dlaczego Cooper?

Na początku mieliśmy adoptować jego siostrę i nazwać ją Mini, ale mała nie była gotowa do adopcji więc zdecydowaliśmy się na kocura i idąc za ciosem nazwaliśmy go Cooper. Zamiłowanie do motoryzacji robi swoje ;) w sumie patrząc na to jak mruczy nasz kocur, dziwię się, że nie nazwaliśmy go Chopper...

Początki

Pierwszy dzień był straszny. Nie wiem kto się bardziej stresował - kot czy ja. Bałam się żeby nie zrobił sobie krzywdy, on widocznie bał się mnie i nowego otoczenia. Przez pierwszą godzinę w naszym mieszkaniu starał się za wszelką cenę wejść za meble kuchenne, co niestety (jakimś cudem) mu się udało. Próbowałam wydobyć go zza kuchennych szafek, gdzie jak opętany gryzł kable albo drapał lodówkę. Później zaliczył rajd po meblach, toalecie, umywalce, wannie i gdy myślałam, że to już koniec, okazało się, że on się dopiero rozkręca. Gdy A. wrócił z pracy, ja już byłam kaput.

Prywatność

Już zapomniałam co znaczy to słowo. Idę do kuchni? Kot za mną. Idę do salonu? Kot za mną. Zaglądam do szafy? Kot ze mną. Idę do łazienki... Kot też. Nie dość, że przez całe posiedzenie wbija we mnie i w Starego swój wzrok, to jeszcze za wszelką cenę próbuje nam wleźć na kolana. A spróbuj tylko zamknąć za sobą drzwi, to usłyszysz kocią wersję Marii Callas.

Ostatnio w ogóle złapałam się na tym, że nawet jak wiem, że kot jest zamknięty w salonie albo śpi, to ja i tak nerwowo oglądam się za siebie, upewniając się, czy ten pomiot szatana przypadkiem na mnie nie łypie z jakiegoś mebla.

Oprócz stalkowania nas w toalecie, kuchni i korytarzu, Kitke niczym krzyżowiec, robi nam najazdy na łóżko. Gdyby jeszcze chciał spać w nogach. Gdzie tam. On musi spać między naszymi głowami, tudzież w moim ulubionym miejscu, tj. na klacie Starego. Zapomniałam już jak to jest przytulić się do dywanu Starego, bo od miesiąca zazdrosny kot, próbuje nas od siebie oddzielić. Stary w sumie nie miał nic przeciwko chrapiącemu na jego klacie, cieplusiemu Kitke, dopóki ten ni z gruchy, ni z pietruchy nie udziabał go w brodawkę. Ku.wom nie było końca. Nawet ,,Ojojanie" nie pomogło. 1:0 dla kota.

Sierść

Gdy ostatnio byli u nas znajomi i zapytali o to z czym jest ,,ta sałatka" odpowiedziałam im szczerze, że zapewne z sierścią. Mimo codziennego wyczesywania tego sierściucha, sierść mamy wszędzie. Na ubraniach, w torbach, w jedzeniu i w ustach. Już zapomniałam jak smakuje tiramisu bez kociego owłosienia. Przytulając się do klaty Starego, zbieram resztki mojego poprzednika. Dusząc się kocią sierścią czuję się jak Kot ze Shreka, wypluwający ,,kłaczek". Tragedia. To takie neverending story. Czasem mam wrażenie, że to kocisko zrzuca tyle sierści by przeobrazić się w Sfinksa.

A jakby go tak opylić za 4 tysiące jak już zrzuci wszystkie swoje kłaki?

Jedzenie

Gdyby ktoś mi powiedział, że koty ze schroniska są wybredne, to chyba bym go wyśmiała. Schronisko kojarzy mi się raczej z dużym zbiorowskiem zwierząt, z których każde ma swoją, często smutną historię. Są boksy, pokoje, jakieś karmy ze średniej półki, opiekuni, wolontariusze i weterynarze opiekujący się podopiecznymi schroniska. Ot co.

Do tej pory miałam do czynienia albo z dzikimi kotami, albo z takimi które traktowały mój rodzinny dom jak hotel - zjeść, iść na panienki, wrócić późno wieczorem, zjeść i spać. Nazajutrz powtórka z rozrywki. I jak to w małym miasteczku - kot pił mleko, jadł myszy, suchą karmę i kradzione ze stołu ryby i śledzie (oj Kajtek, minęło 20 lat a ja nadal pamiętam jak podpie*doliłeś babci matiasy ze stołu).

Po kilku wizytach w schronisku wiedziałam już, że Cooper nie powinien pić mleka a do jedzenia ma dostawać jedynie mokrą i suchą karmę. Tak też się stało. Na Zooplus zamówiliśmy mu mokrą Animondę a w sklepie wyposażyłam się w trochę Royala i jakąś drogą bezzbożówkę za 33zł/ kg. Pierwszego dnia pobytu u nas, kot dostał karmę mokrą, która zniknęła tak szybko jak została nałożona, a potem karmę suchą - tak co by miał co przekąsić między posiłkami. Sucha leżała nietknięta przez 2 dni. Po dwóch dniach wyrzuciłam zawartość miski i wsypałam bezzbożówkę. 2 dni później znowu musiałam wyrzucać suchą karmę. Zawiedziona, poddenerwowana tym, że przecież nie możemy mu ciągle dawać mokrej, poszłam po zwykłego Whiskasa. Zjadł? Niet. Zrezygnowana zadzwoniłam do właścicielki schroniska i powiedziałam jej o naszym problemie. Nazajutrz dostałam od niej woreczek karmy, którą Cooper jadł w schronisku. Ba, wsuwał ją aż mu się uszy trzęsły. Uradowana wsypałam mu karmę do miski i czekałam, czekałam, czekałam... No ku*wa mać. A myślałam, że to ja jestem wybredna. Nie, to nie.

Jakie wrażliwe podniebienie. Niby dachowiec ze schroniska, a wybredny jak pers.

Wracając jeszcze do jedzenia, śmieszy mnie zawsze moment ,,karmienia". Gdy tylko A. wyciąga kocie jedzenie z lodówki, biegnie do pokoju by zdążyć przed kotem, a kot, biegnie żeby zdążyć przed A. Zazwyczaj to kot wygrywa. 2:0 dla Kitke.

Budzik

Mój dotychczasowy budzik ,,Wind of Change" zastąpiło głośne MIAU, MIAU, MIAU, MIAU, MIAU. Do 31.03 miałam w zwyczaju zbierać się z łóżka wraz z pojawieniem się pierwszych odleżyn. Dziś wstaję o 6 albo 7, w zależności kiedy bestia nie zacznie kociej arii z repertuaru ,,Jestem taki głodny, nie miau miau miauem nic w ustach od kilku godzin" (czasem jak się zdenerwuje nad ranem to jest skłonny dziabnąć suchą karmę).



Dlaczego Cooper?

Bo niezły z niego Agent ;)

(Twin Peaks, bro)

You Might Also Like

1 komentarze