W zgodzie ze sobą

22:39:00

Sportowa odzież - +10 do sportowego trybu życia

Dawno mnie tu nie było...

Dziś napiszę o tym co gryzie mnie od dłuższego czasu. Nie będzie to nic o czym nie pisały by już wszystkie słynne influencerki. Będzie jednak po mojemu - szczerze, bez kwiatuszków i srania tęczą, za to z porządną dawką ironii i sarkazmu.


Dziś napiszę o samoakceptacji i o tym jak to wyglądało w moim przypadku.

Jestem w sam raz. 160 cm w kapeluszu. Nie jestem jakoś szczególnie otyła. Mam te swoje 60kg, które nabyłam tej zimy i które ciągnie się za mną przez całą wiosnę i lato. Na początku było mi z tym źle - ,,Kurde, Anka, coś Ty się tak spasła, wyglądasz jak przez okno". Opadły liście, śnieg stopniał, a dupa ciągle rosła. Każdego dnia mijałam siłownię ze łzami w oczach, odreagowuwując stres przy lodówce. Siedząca praca, przeprowadzka na swój kwadrat bez podwórka na którym spędzałabym każdą wolną od pracy chwilę, sprawiły, że stałam się mistrzynią w odkładaniu tkanki tłuszczowej.

Dziś mam to w dupie.

Zresztą widać.

Na początku jeszcze walczyłam o szczupłe ciało. Wiecie, tak co by błysnąć opalonym, jędrnym odwłokiem na wywczasach zagranico.

Dużo żałowałam (podobno żal dupę ściska), obejrzałam sporo filmików Ewy Chodakowskiej (podobno czynią cuda) i jadłam o połowę mniej (pół chleba, pół kilograma szynki, pół kilograma wołowiny i zapijałam to ,,połówką" wódki). Efektów nie było widać. Próbowałam odstawić słodycze metodą ,,zjem dzisiaj wszystkie słodkie rzeczy, które mamy w domu i już nigdy więcej nie kupię żadnej czekolady ani żelków!". Podziałało. Przez 3 dni nie miałam nic słodkiego w mieszkaniu, a w czwartek pojechałam na zakupy, zobaczyłam dużą Milkę Choco Jelly i postanowienie szlag trafił. Tydzień później postanowiłam zrezygnować z ziemniaków i chleba. Tu z pomocą przyszedł mi Stary ,,- No mojej kanapeczki nie zjesz? Takie pyszne zrobiłem, tyle się namęczyłem, a Ty pogardzisz?". No przecież nie odmówię...

No i po diecie. 
Panoszenie się z odwłokiem na plaży musi jeszcze poczekać. Na szczęście się na to przygotowałam i zamiast standardowego stroju, kupiłam sobie burkini. Przynajmniej zakrywa niedoskonałości.

A wracając do tematu...

O dziwo dodatkowe kilogramy nie przeszkadzały mi w domowym zaciszu. Wszystko zaczynało się gdy tylko wychodziłam na miasto bądź jechałam na zakupy do galerii. Miałam wrażenie, że jestem w Mediolanie gdzie trwa właśnie Fashion Week. Wszystkie mijające moją osobę kobiety, wpędzały mnie w kompleksy swoimi chudymi, długimi jak linia warszawskiego metra, nogami, krągłymi pośladkami i płaskimi, odsłoniętymi brzuchami. Najgorsze jednak czekało w galerii. Sklepowe manekiny, cienkie jak dupa węża szczuły mnie zza wystawowywch szyb. W sklepach było jeszcze gorzej. Rozmiar 38 i 40 wchodził mi do połowy uda, bluzka rozmiar M sprawiała, że moje cycki wyglądające na codzień jak solidne D, przypominały krowie placki. Ah, żebyście tylko widzieli te dżinsy rozmiar 38 i mój tyłek a'la Wisła (szukający ujścia z przyciasnych gaci). Wyglądałam jak muffinka.

Jeden sklep, drugi sklep, trzeci sklep. Rozumiem gdybym ważyła 80kg, wtedy mogłabym mieć problem z dobraniem spodni czy bluzki. Ale 60kg? Czy to już ten etap, w którym powinnam pogodzić się z tym, że bez nasmarowania się oliwą nie wcisnę się w jeansowe gacie rozmiar 38? To teraz zostaje mi już tylko worek na ziemniaki?

Kto do cholery szyje spodnie o takich proporcjach? Widział ktoś kiedyś pająka z wielką dupą?

Po kilku takich shoppingach doszłam do wniosku, że wcale nie jestem grubą, spasioną lochą, a normalną dziewczyną, która jest spożywczo rozpasana. To nie we mnie tkwi problem, a we wszechobecnej modzie na fit tyłki, płaskie brzuchy i karnety na siłownię. Gdzie mi tam, królowej kebaba, do tych wszystkich influencerek w bieliźnie Victoria's Secret. Życie jest jedno i nie będę marnować go na dietę pudełkową, wodę niegazowaną i ciemne pieczywo, skoro za rogiem czeka na mnie Ahmed z wołowiną na ostrym. Dopóki nie słyszę na plaży okrzyków dzieci ,,Mamo, mamo, patrz jaką orkę wyrzuciło na brzeg", w kinie nie muszę kupować dwóch miejsc siedzących a hula hop ciągle na mnie nie pasuje, uważam że nie mam czym się martwić.

Ludzie zawsze znajdą coś, co nie będzie im w nas pasowało - charakter, wygląd, wyznanie czy orientacja. Jestem zdania, że nieważne co inni myślą, ważne jest to jak ja się czuję. A skoro czuję się dobrze we własnym ciele, dlaczego mam coś zmieniać? Bo wyglądam nieestetycznie? Bo mając taką wagę to już wypada iść na siłownię? Bo po co się męczyć, skoro można to łatwo zrzucić?

Pytanie tylko, kto się męczy? Bo na pewno nie ja ;)

Nie wiem czy schudnę czy przytyję. Na obecną chwilę czuję się dobrze we własnej skórze i nie przeszkadzają mi dodatkowe kilogramy.




,,Fat bottomed girls 


You make the rockin' world go round"

You Might Also Like

0 komentarze